skip to main |
skip to sidebar
Mam wyznaczony cel. Wiem do czego dążyć. Tylko dlaczego droga do niego prowadząca jest taka trudna? Wiem, że wszystko się ułoży, jeśli przetrwam te 3 lata. Ale wystarczy jedno małe potknięcie i mogę zrezygnować. Ze strachu że nie dam rady, że jestem zbyt słaba, że nie jestem tego warta. A może mierzę zbyt wysoko? Nie wiem, czy moje wysiłki się na coś zdadzą. Nie wiem. I nie chcę niczego innego. Jeśli nie to jest dla mnie, to nic nie jest. Cierpliwości, zdecydowanie brakuje mi cierpliwości...
Ostatni tydzień razem.
:(
Gdziekolwiek jestem, bez Ciebie nie jest dobrze. I może nawet nie zdajesz sobie sprawy, ale to Ty sprawiasz zawsze, że mam nadzieję na Jutro. Siedzę tak sobie i myślę, bardzo bardzo to wiem, że masz rację. I mimo że jesteśmy od siebie tak różni, to nie boję się tego. Nie zawiedź mnie.
Tak sobie myślę ostatnio i myślę, i boli mnie to, że nie potrafię zatrzymać tego co jest. Czuję, że pewne sytuacje już nie wrócą, boli mnie fakt utraty ważnych dla mnie rzeczy. Ale wiem też, że część z tego to moja wina. Bo nie potrafię zawalczyć o to, czego pragnę. Boję się. Jestem zbyt bierna. I paradoksalnie, skoro już doszłam do tego, powinnam wiedzieć co robić, żeby wszystko naprawić. A jednak nie potrafię zebrać się w sobie. Nie potrafię usiąść i porozmawiać. Jak kiedyś. Boję się. Boję się. Boję się. I jest to tak ogromny strach, że odbiera mi on możliwość działania. A im dłużej z tym czekam, tym trudniej będzie mi to odzyskać. Gubię się. Nie chcę sobie odpuszczać, ale boję się jakiegokolwiek kroku. Bo może zranić, może pogorszyć, może oddalić i wszystko popsuć.Wszystko, czego mi teraz potrzeba to znów móc się z Wami spotkać, jak kiedyś. W pełnym gronie, bez żadnych niedomówień i ukrytych żali do siebie. Chcę cieszyć się, obejrzeć film, pośpiewać karaoke, objadać się chipsami czy coś razem ugotować. Chcę tej zwyczajności, którą dopiero teraz zaczynam doceniać.
Miałam ładny sen. Była jesień, szumiały za oknem drzewa. Siedzieliśmy przytuleni, popijając gorące kakałko i rozmawialiśmy jak najlepsi przyjaciele.
Mój najlepszy Przyjaciel. Jedyny na świecie. Nawet mino tego, że straszny manipulant. I uparciuch do tego. I niszczyciel spódniczek. Poplamiacz jagodowych ścian. Miłośnik chemii. Człowiek o cudownych palcach. Stworzenie aktywne nocą, a śpiące w dzień. Fan oliwki w żelu. Przeciwnik marudzenia. Mój największy motywator do działania. Sprawiający cuda. Hipis. Moje przeciwieństwo. Nonkonformista. Morderca zasad. Najlepszy ze wszystkich. Jedyny w swoim rodzaju.Dziękuję, za najlepsze 3 lata.

Czy jest możliwe, by uwierzyć człowiekowi bez żadnego "ale". Chyba każdy z nas na coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, który krzyczy: "nie ufaj za bardzo!". Zostawiamy jakąś cząstkę niepewności, jakąś furtkę, którą możemy wrócić w razie niepowodzenia. Tak więc, czy jest możliwe stworzyć jakąś więź, która będzie oparta na zupełnym zaufaniu? Czy to jeśli chodzi o ukochaną osobę, czy o przyjaciół, zawsze musimy liczyć się z tym, że być może ten ktoś zawiedzie, zdradzi nasze zaufanie, odejdzie. Czy nie jest tak, że my i tak z góry zakładamy, że coś może pójść nie tak? Jak więc można budować zdrowe relację, z góry nastawiając się na porażkę?... Paradoksalnie, nie chcemy być sami, ale przewidujemy, że tak się stanie. Że nasi przyjaciele odejdą, że ukochana osoba kiedyś przejrzy na oczy i zobaczy, że tak naprawdę nie da się z nami wytrzymać. I w końcu: jak wytrzymać z samym sobą, kiedy wiesz, że nie jesteś dla nikogo tak dobry jak powinieneś. Że mimo wszystko, czujesz, że nie jesteś na tyle interesujący, zabawny, uroczy, czy chociażby "fajny", by inni zostali przy tobie na dłużej....